maj gad, jakież to były zakręcone dwa tygodnie! zagięła mi się czasoprzestrzeń. ledwo nadążałam. dni tygodnia mi się zlały, dzień z nocą mnie oszukiwały, poranków nie pamiętam w ogóle. toteż ulga mi towarzyszy w dniu dzisiejszym niesamowita. Pierwszy raz od osiemnastu dni czuję w sobie coś w rodzaju wielkiego "uffff, usiadłam."
i wiecie co? Fantastyczne uczucie.
Skończyłam wreszcie książkę, w całości, ze wszystkim, ahh, Schluss.
napisałam wszystkie kolokwia, pojawiłam się nawet na wykładzie z literatury staropolskiej!
zaliczyłam dyktando i referat u Oetkera, i rozpiera mnie taaaaka duma.
wytańczyłam się i wybawiłam wszędzie.
w Studni Życzeń i w Pozytywce, gdzie z naszego pierwotnego planu piwa z Kamilem zrobiła się fantastyczna impreza pod hasłem niekończącego się papieRZa, last christmas i biegającego po rumunii kotleta.
na domówce u Pauliny, na której tańczyłyśmy z odjazdowym murzyńskim tancerzem, z hiszpanami, ze sobą, i studentami z dołu. tańczyły ściany i cała ulica przed blokiem, ponieważ z powodu źle odłożonego domofonu muzyka wybrzmiewała na całą okolicę.
na imprezie z ludźmi z liceum w Gorączce, w której około godziny dwunastej w nocy był już taki ścisk, że na parkiecie odbywało się istne tarło. ale i tak było bosko.
nawet na uczelni ostatnio więcej zabawy niż czegokolwiek innego, z czym się uczelnia kojarzyć powinna.
i zdjęć z tego wszystkiego też trochę mam. aco.

hosting zdjęć
hosting zdjęć
hosting zdjęć
hosting zdjęć
hosting zdjęć
hosting zdjęć
hosting zdjęć
hosting zdjęć

A w międzyczasie był rajd z Kamilem po krakowskich lumpeksach, owocny w najbardziej obciachowy strój z lat osiemdziesiątych i kupę śmiechu,
było robienie sobie zdjęć z nieświadomym niczego naszym ukochanym Majorem, który nie reaguje na dźwięk spustu migawki nawet w idealnej ciszy,
była kompromitacja, która dała nauczkę, żeby nie dzielić się z koleżankami w szatni przemyśleniami przy wszystkich, że kobieta od aerobiku jest nieśmiertelnym cyborgiem, jeśli nie ma się pewności, że któraś z nich nie jest koleżanką kobiety od aerobiku właśnie.
były kolejne fascynujące zajęcia z łaciny, która staje się powoli najbardziej intrygującym mnie przedmiotem (-pssst, Martyna, o czym ona w ogóle mówi? -a kuźwa, cholera ją wie.)
były rozmowy wideokonferencyjne na antyku z Magdą, siedzącą dwa miejsca obok mnie, i na tymże antyku próba doklejania paznokci Olce. bo antyk też fascynującym przedmiotem jest.
pominę kilka pozostałych głupawych rzeczy w trosce o dobro prywatne antykompromitujące własne.

tak czy inaczej czuję się wyśmienicie, bo mam już wolne i czekam na ho ho ho święta, choinkę, bombki i inne bzdety powodujące błysk w moim oku. śnieg już jest, to najważniejsze.
czułabym się oczywiście jeszcze lepiej, gdyby nie szalało we mnie stado dzikich wirusów. ale to minie, wymierają, zabijam je aspiryną, czosnkiem i herbatą o smaku pomarańczy z cynamonem. nie macie szans, podłe bakterie.
a dzisiaj zaczęłam świąteczne porządki, pokój lśni, rzeczy w szafie pierwszy raz od roku poukładane jak należy, nawet podłogę wypastowałam!

a, i jestem podrywana ostatnio. nadzwyczaj często, nadzwyczaj bezpośrednio.
i pan w tramwaju poprosił mnie o numer telefonu, a przeprzystojny był i jechał z kolegami na imprezę,
i chłopak na rynku do mnie podszedł i zagadał w celu tym samym co wyżej,
i na uczelni pewien student geografii wyjątkowo sympatycznym mi w zeszłym tygodniu był.
i ostatniego pana pominę, bo o nim nie warto.

ale, jak to było...?
"czasem trzeba usiąść i pogadać z sercem.
ot tak, jak staremu kumplowi wytłumaczyć, że nie masz ochoty na piwo czy miłość."
:)


/dziś przy akompaniamencie swingującego Michaela Bublé/


rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Bez śniegu. Bez emocji.

poniedziałek, 30.listopada.2009, 21:32


jutro grudzień. jutro pierwszy. lubię pierwsze, bo to zawsze coś nowego i świeżego. taki mały sylwester, takie moje 'zmieniam to od jutra'. i 12 nadziei w roku, że tym razem rzeczywiście coś zmienię.
jakoś tak bezemocjonalnie jest. niepokoi mnie to. kramy świąteczne jakieś w tym roku bezpłciowe, most mój jeszcze nie przystrojony, a na zewnątrz 16 stopni i wiosenne słońce.
no wiem, jeszcze jest czas. jeszcze 3 tygodnie. ale dla mnie zawsze już grudzień był magiczny. brakuje mi śniegu, brakuje mi życzliwej atmosfery zabieganych ludzi na ulicach, brakuje mi tego wewnętrznego ciepła i aury powszechnego oczekiwania. sklonowane choinki w supermarketach to jakiś marny substytut. nie wystarcza mi. nie wystarcza mi zupełnie.
pozostaje mi liczyć, że może po mikołajkach zmieni się co nieco.

chcą mnie do >reportażu<, do telewizji mnie chcą. na decyzję co do wystąpenia mam czas do czwartku. i waham się. ale tym razem pogadam sama ze sobą. rady wszystkich osób, które pytam, są takie same, identyczne, the same. nikt nie rozumie, że moje parcie na szkło w >tym< sensie jest żadne.

~*~

z cyklu PWKSSBUNWKB:
tak, na studiach polonistycznych robię 8 błędów w dyktandzie i zapominam o rozsunięciu artykulacyjnym na fonetyce.
tak, jestem niemal wiecznym singlem, i być nim zamierzam jeszcze długo.
tak, miewam zajebiście złe dni i zamulam wtedy jak zmutowany muł błotny.
tak, daję sobie wchodzić na głowę i pomagam wszystkim dookoła, bo samej sobie nie potrafię.
tak, bywam spektakularnie wredna i wyznaję zasadę: za każdy cios oddaj dwa. dwadzieścia dwa.
tak tak tak. i być może wszyscy macie rację.
być może powinnam zająć się czymś innym.
być może powinnam jak większość: pokochać z potrzeby kochania, a nie dlatego, że znalazłam kogoś godnego miłości.
być może powinnam mieć same cudowne dni i nigdy nie zaglądać w głąb siebie.
być może powinnam zaszczepić w sobie przynajmniej 0,00001% egozimu, chroniącego przed przyjaciółkami/koleżankami/znajomymi przypominającymi sobie o mnie jedynie w chwilach życiowej grozy.
być może powinnam być nieco mniej pamiętliwa i złośliwa.
być może. ale mam to w dupie.

i właśnie dlatego pomiędzy kolejnymi łykami herbaty, wyszukiwaniem we wszelkich katalogach książki trudnej do wyszukania [bo Anna raczyła się wreszcie zgłosić do referatu ze staropolki], a dopisywaniem kolejnych przypisów bibliograficznych w książce własnej, zaliczam wielki come back czyli znów czytam o tym dlaczego mężczyźni kochają zołzy. i będę czytać, aż się wreszcie nauczę. aż będę ją znała na pamięć. aż do dnia, kiedy wwiercę ją sobie we wszystkie komórki ciała. aż do momentu, w którym z niekłamaną swobodą spojrzę ludziom w oczy i powiem: 'spierdalajcie. jestem boska.'

"Pokora? Nie przejmuj się. To uleczalna dolegliwość, drobna psychiczna usterka. Jeśli złapiesz się na tym, że jesteś skromna, pokorna, uniżona, skończ z tym nonsensem natychmiast. Zacznij z powrotem wierzyć, że jesteś świetną laską. Koniec kropka."


/dziś przy akompaniamencie Monday Morning /

rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

na jeden moment, choć raz.

niedziela, 22.listopada.2009, 17:34


kolejny tydzień za mną. nawet nie zauważam kiedy mija dzień za dniem. nie mam czasu się zatrzymać, przyglądnąć, zaobserwować. znów intensywnie, znów szybko, znów pracowicie. opłaciło się latanie za biletami przez tydzień od Eboli do Żaczka i od Żaczka do Eboli. Ania Dąbrowska - cudo. koncert sam w sobie - cudo. afterparty - cudo. Żaczek - najgorszy klub w tym mieście. to takie najkrótsze podsumowanie na jakie mogę się wysilić. wybawiłam się niesamowicie, wykrzyczałam, wytańczyłam, wymarzyłam i wyśmiałam. i jakoś tak w dalsze zakamarki pamięci wysłałam czterdziestominutowe oczekiwanie na wejście i ludzi z obsługi miłych inaczej. zostały zmiecione przez fantastyczną zabawę, genialną atmosferę, pokoncertowe karaoke, taniec spedalonego ideału i radość wwierconą w umysł na dłużej. warto było wstać następnego dnia z zalepionymi oczami i chrypić jak stary pijak na zajęciach o 8 rano, która po czterech godzinach snu wydawała się być środkiem, ba, początkiem nocy.
na samą myśl wszystkie moje wnętrzności uśmiechają się szeroko.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us
Free Image Hosting at www.ImageShack.us

ostatnie boskie zdjęcie to dzieło Kamila, który w moim (i nie tylko moim) odczuciu marnuje się robiąc zdjęcia nieprofesjonalnym sprzętem. :)
a w grudniu powtórka, mam nadzieję, Hey!

___________________

zaczęło mi się moje ostatnie naście, podobno później już będę czuła się tylko starsza. no nie wiem. nie jestem pewna, czy przez ten rok tak bardzo wydorośleję. mówiąc szczerze- bardzo w to wątpię. ale chyba całkiem mi z tym dobrze. gdzieś tam w środku lubię tą swoją dziecinność, to takie moje alibi na zło tego świata, na trudne wybory, dni i decyzje.
piątkowe urodziny omal nie zostały zaklasyfikowane do najgorszych w życiu. za dużo myśli, zbyt ciężkie powietrze, a najbliższa mi osoba uraczyła mnie jedynie suchą formułką urodzinową na gg. i kogóż mogę winić, że nie czuła potrzeby bycia ze mną w tym dniu, ani w żadnym innym od paru tygodni. czułam się jak idiotka, płacząc w swoje własne urodziny. i nie potrafię opisać jak bardzo jestem wdzięczna Darkowi, że mi na to nie pozwolił. że o 21:30, kiedy miałam już absolutnie dość świata, wyciągnął mnie do klubu i zmienił ten dzień w prawdziwe urodziny. że sprawił, że poczułam się dobrze. że rozweselił mnie w tym najważniejszym, niewidocznym obszarze, rozweselił mnie od wewnątrz. dziękuję.

a wczoraj w Krakowie wielki boom, Bonarka, tłum ludzi, zgiełk, hałas i ja. nie wiem czy rzeczywiście jest jedną z największych galerii w Europie, ale wiem na pewno, że jest największa jaką widziały moje oczy. i podoba mi się ten przepych. podobają mi się żywe palmy i kawiarenki na wodzie, wyspy, i piętrowe oszklone restauracje. dajcie mi więcej takich miejsc. dajcie mi kolory, muzykę, ludzi i ich uśmiechy. i już zawsze będzie mi dobrze.

/dziś przy akompaniamencie Ani Dąbrowskiej/

rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

żadna ze mnie tajemnica

niedziela, 15.listopada.2009, 17:39


tyle myśli w głowie, a żadna nie chce dać się ubrać w słowa. to przerażające, bo jak wyrzucić z siebie coś, czego nie potrafię nazwać?
poza tym mam wrażenie, że słowa spłycą każdą moją myśl. zmienią ją w jakiś nędzny banał. pozbawią rzeczywistego sensu. to równie przerażające.

tracę coś ważnego. podobno zaufanie to cząstka duszy, którą oddaję komuś w nadziei, że nadal pozostanie moja. jeśli to prawda, to ty jesteś w posiadaniu 90ciu procent mojej duszy. 90ciu procent mnie. i się podle oddalasz. coraz dalej i dalej. i nagle wszystko się zmienia. chociaż miało nie zmienić się nigdy.
co za idiota wymyślił tą bzdurę, że nie istnieje przyjaźń między dziewczyną a chłopakiem?
i kto tą bzdurę po tym idiocie powtarza?
otóż właśnie tylko taka istnieje. tylko między chłopakiem a dziewczyną. tylko faceci nie zawodzą. tylko facetom potrafię w stu procentach zaufać. przekonuję się o tym boleśnie nie pierwszy, i zapewne nie ostatni raz.
przynajmniej nie ma ryzyka, że za jakiś czas ważniejsze staną się tabuny facetów, tipsy, imprezy, i nowe fajniejsze, ładniejsze, bardziej rozrywkowe koleżanki.
nie ma ryzyka, że to wszystko nagle zepchnie Cię daleko do dupy, a twoje problemy, radości i smutki staną się tak samo ważne, jak zeszłoroczny śnieg.


luźno było aż do bólu. 5 dni wolnego minus 50 minut nauk pomocniczych daje 119 godzin i 10 minut nieprzerwanej wolności i swobody psychicznej. przydały się. wykorzystane zostały do cna. od jutra mój mózg wchodzi znów na najwyższe obroty. koniecznie.
taki mam plan, chociaż ustaliliśmy, że u heteryków rzadko występuje komplet, zwykle jest dupa albo mózg i u mnie podobno jest dupa, bo nie ma mózgu.
ale odkryłam w sobie kolejny ciekawy mechanizm w ramach akcji PWKSSBUNWKB (poznaj wreszcie kurwa samą siebie, bo umrzesz nie wiedząc kim byłaś), i oto dotarło do mnie, że zdobi mnie pancerz. pancerz nie byle jaki, bo zbity z uśmiechów. działa bez zarzutu. dopuszcza do mnie gorsze dni, załzawione oczy, smętne nastroje. ale tylko na chwilę. czuję, że nie pozwala przebić się negatywnym emocjom głębiej, na dłużej. więc i tym razem jestem spokojna, że to minie. i znów będę się śmiać, chociaż nie ma za bardzo z czego.
za to właśnie siebie lubię.

/dziś przy akompaniamencie Innej/

nie udaje, że jest kimś
nie stara się,
słucha wciąż tych samych płyt
nie nudzi się.



rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

'a słońce świeci jasno, chłodno a złociście.'

niedziela, 1.listopada.2009, 17:02

lato obumiera, ja odżywam. jak zwykle na przekór. zjadłabym dziś świat z wszystkimi jego przyprawami. jest cudownieee. cudownie bo jesiennie. tak prawdziwie jesiennie, kiedy mgły i odcienie szarości ustępują miejsca rześkiemu powietrzu, ostremu słońcu i złotym liściom. spacerując po takim kolorowym, grubym dywanie utkanym z liści, rozgarniam je nogami, szeleszczę, i uparcie tatuuję sobie na źrenicach ten widok. bo piękny, i najpewniej będę chciała do niego kiedyś wrócić myślami, kiedy za oknem pojawi się plucha a w sercu szaruga. staram się ubezpieczyć na te dni, w których już samo otwarcie oczu będzie aktem odwagi.
niech trwa taka jesień, niech trwa.

1 listopada jest cholernie symboliczny. zaduszki zresztą też, od pięciu lat. i jak co roku: groby, miodki, i wizyta u cioci z huty którą widujemy raz na ruski rok.
przecierpiałam "jak ty zeszczuplałaś, jaka piękna dziewczyna, jaka uśmiechnięta, a bo to już studentka: jak tam ci na tym dziennikarstwie (?!), zawsze jak oglądam jakieś wiadomości i widzę te młode dziennikareczki to mi na myśl przychodzisz, a kiedy będziesz za mąż wychodzić?"
byłam dzielna, udało mi się nawet ugryźć w język i po raz setny nie tłumaczyć, że nie studiuję dziennikarstwa tylko edytorstwo.
a propo's. dowcip nieśmieszny został mi niedawno opowiedziany, to się podzielę.
dlaczego każda polonistka powinna mieć męża i kochanka?
bo mężowi mówi, że idzie do kochanka, kochankowi, że jest z mężem, a w tym czasie może iść spokojnie do biblioteki.


tydzień za tygodniem mam dopięty, zapięty, ściśnięty na pięć ostatnich guzików. niby nie narzekam, ale mój organizm owszem. buntuje się rozkojarzeniem i totalnym nieogarnięciem. wstawiam wodę na herbatę i po dziesięciu minutach czekania dociera do mnie, że postawienie czajnika- ok, ale w sumie nie zaszkodziłoby jeszcze go włączyć.
na aerobiku spadam ze stepu raz drugi i trzeci, po czym orientuję się, że nie uwzględniłam obecności stabilizujących gumek, czyli generalnie dobrze że się w ogóle nie zabiłam.
a wczoraj zmiażdzyłam samą siebie i wzięłam wieczorem prysznic dwa razy. chciałabym zobaczyć swoją minę kiedy podczas drugiego prysznica przypomniałam sobie, że przecież godzinę temu się myłam.
a nocami mam niedostatki snu, bo mi telefon wydzwania. nie wiem co to za kretyńska prawidłowość, co noc, raz o pierwszej, raz o trzeciej, ja odrzucam, on dzwoni, odrzucam, dzwoni, wyłączam, idę spać wkurzona i zdezorientowana.

i w ogóle, rzutuje mi życie na mózg. śpiewanie (pardon: wycie) na uczelnianych korytarzach chcę byś mnie miaaał, drinki z sokiem żurawinowym w In Blanco za złotówkę, puszczanie baniek mydlanych z rumiankowego ludwika, jeżdżenie co piątek na uczelnię po to aby dowiedzieć się że możemy wrócić do domu, i wysłuchiwanie tramwajowo porannych przemyśleń egzystencjalnych ludzi.
to mi wszystko rzutuje na mózg, i dlatego odczuwam taki nieskuteczny stan skupienia.
co gorsza, jakoś niespecjalnie mi to przeszkadza, a chyba powinno.
i w ogóle jakoś jest tak, że im dalej w to życie tym większy luz.

szczęśliwa, spokojna. do odwołania.



/dziś przy akompaniamencie Ani Dąbrowskiej/

Chcę zapamiętać Cię
tak jak dobry sen,
dzisiaj proszę nie budź mnie.

rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

prawie liśćopadł.

czwartek, 22.października.2009, 22:38

mandarynki i przesłodzona herbata to już rytuał jesiennych wieczorów. i tak źle mi się wstaje, tak chętnie zasypia. jak dobrze, że w sobotę przestawianie zegarków. właściwie nie zegarków, a wskazówek. tak, mój umysł w zastraszającym tempie staje się taki polonistyczno-polonistyczny, że przemek ostatnio powiedział abym zmieniła kierunek studiów bo on nie wytrzyma presji. no bez przesady, nie poprawiam ludzi aż tak.

a wiecie? siedzenie calutki calusieńki dzień na uczelni pozwala odkryć nowe tajemnice tego świata.
że można się najeść pierogami ruskimi w barze mlecznym za 3,29zł, albo pomidorówką za 1,29zł.
że istnieją ludzie, którzy potrafią tak po prostu powiedzieć ci "miłego dnia", chociaż ich nie znasz.
że surogatki dostają nawet po 120 tysięcy zł,
że shake karmelowy może być na gorąco,
że martyna, w odróżnieniu ode mnie i magdy, nie dostaje choroby lokomocyjnej w windzie,
że pani w mediatece ma okres przez 31 dni w miesiącu,
oraz że jeśli na drzwiach jest napisane "pchać", to się ich za cholerę nie pociągnie.
aha, i usiadłam na gumie do żucia przyklejonej do ławki. co jest kolejnym dowodem, że oczy mam tylko po to, żeby twarz nie wyglądała głupio bez.

to wczoraj. a dziś na zajęciach leżałam na stole z książką na brzuchu i świadomie wydłużałam swój wydech. a do domu wróciłam jeszcze na dzień dobry tvn, to sobie zrobiłam kawę i się wyleniłam. i jak już osiągnęłam formę umysłową zwaną szczytową, to udało mi się zacząć kolejny rozdział, i uwaga! zrobić projekt okładki, hura.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

moja praca, za przeproszeniem, posuwa się w dobrym kierunku. co w wolnym tłumaczeniu oznacza keep on girl !


/dziś przy akompaniamencie happysadu wciąż/

rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

tytułu nie będzie

sobota, 17.października.2009, 14:42



zima zaskoczyła. kierowców, pasażerów i pieszych. no w październiku to dawno śniegu nie było. a ludzie to chyba aż czekali żeby spadł, bo to zawsze nowe powody do narzekań, a jakże! i znowu się zaczęło wysłuchiwanie jak to wszyscy nie znoszą zimy, jak zabójczy jest śnieg, i w ogóle och ach jak nam źle.
ludzie. w lecie im za gorąco, w zimie za zimno. w deszczu za mokro, a w słońcu zbyt słonecznie.

a mi się ostatnio skakać chce, tańczyć, śpiewać i wariować. i jakbym wyciągnęła do góry rękę, to bym pewnie koniuszkiem paznokcia dotknęła nieba. ale nie mam siły podnieść, bo jeszcze umieram po wtorkowym aerobiku. taak, bo nie ma że pierwsze zajęcia. nie ma że się nogą na step nie może trafić. nie ma że boli. na szczęście jest to wycisk z gatunku pozytywnych, więc mimo wszystko mi się podoba. i prawdopodobnie z każdymi kolejnymi zajęciami będzie mi się podobał bardziej. czyli jest fajnie.

a tydzień w ogóle był intensywny. mimo wolnej środy, co to pozwoliła złapać oddech. o ile pisanie kolejnych rozdziałów pracy na zaliczenie można nazwać złapaniem oddechu. a czwartek powininen być studencki, więc poszliśmy do dziewczyn na mini domówkę. i tu się studenckość czwartku kończy, bo w piątek rano już musiałam być spowrotem na uczelni.
a pod koniec października mam dyktando, które czuję, że z moimi zasadami interpunkcji będę poprawiać do stycznia.

z rzeczy mniej uczelnianych: piwo bananowe na karmelickiej jest przepyszne i czuję, że będę tam częstym gościem. tylko któreś z nas musi uwieść szefową i wymóc na niej zmianę muzyki w lokalu.
no bo wszystko. wszystko, tylko nie jazz.

i muszę się wreszcie wybrać po bilety na happysad, bo to już za tydzień. a nową płytę wyczaiłam wbrew zapowiedziom już wczoraj, i jest taaaaka cudowna.
i na koncert Piaska w filharmonii mi się zachciało. a bilet kosztuje 110 zł. O_o
umrę biedna, ale szczęśliwa.


/dziś przy akompaniamencie happysadu/

sam sobie narysuj świat
coś nie podoba Ci się
to sobie to zdrap.


rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


nie wiem od czego zacząć. więc zacznę od tego, że muszę się tu chyba częściej udzielać, to nie będzie tego problemu. mniej przemyśleń gwarantuje mniej pałętających się po głowie wątków proszących się o zapisanie.

po pierwsze, bo chyba najważniejsze, studia rozpoczęte, i nie takie straszne jak się wydawało. najpierw integracja przy piwie i tanim winie(sic!) w gronie edytorów, później poranna kolejka po indeks i całą tą resztę, olana inauguracja bo kto by lubił takie nadmuchane pseudouroczystości, a w piątek pierwsze wykłady, których nie było. nasz wykładowca miał coś znacznie ciekawszego do roboty niż oswajanie pierwszaków.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us


miesza mi się jeszcze wszystko, plątam się po piętrach, mylę windy w których usłyszeć można wypowiadane łamaną angielszczyzną firtf flor, i wbiegam nie do tych sal co trzeba. ale to tylko błahe kwestie techniczne, które wyeliminuje czas. emocjonalnie natomiast jest ok. to najważniejsze.
i że mi się chce wstawać z łóżka i tam iść, to też ważne.
zobaczymy co będę mówić po środzie (czyt. po basenie).

czepek- najbardziej twarzowe nakrycie głowy jakie widział świat, jeszcze nie zakupione. pracuję nad tym, żeby wyruszyć w podróż do jakiegoś sklepu sportowego. i taaaak mi się nie chce. i wiecznie jest coś ważniejszego. i znając życie kupię go we wtorek wieczorem.
za to strój już mam.
pomimo zapewnień mojej mamy, że przecież ten co mam jest fajny i po co mi nowy. zmieniła zdanie dopiero po moim nieśmiałym przypomnieniu, że ten który mam jest czerwony w białe grochy, z koralikami na dekolcie i wiązany sznureczkami. stuprocentowo plażowy.
nowy zamówiłam sobie na allegro, bo nie chciało mi się tyłka ruszyć do decathlonu. po czym okazało się, że odbiór osobisty jest pod decathlonem. życie ma chore poczucie humoru. na dodatek zaczepiłam nie tego faceta, choć pan wydawał się być tym faktem dość bezczelnie ucieszony. mężczyzna właściwy poznał mnie sam, twierdząc że wyglądałam jakbym na niego czekała. hm.
ważne, że mam strój. czarny, sportowy, basenowy.
nienawidzę basenu.
mogę pływać wszędzie. w jeziorze, rzece, morzu i oceanie.
ale nienawidzę basenu.


wczoraj odbyło się party pod hasłem 'sami swoi', czyli impreza klasowa bo się jakoś tam wciąż czujemy ze sobą licealnie związani. ale co tu dużo kryć, było dość drętwo. do czego dochodzi fakt, że pokazałam biust obcemu mężczyźnie. z czego płynie mądra nauka aby nie prezentować koleżankom nowego stanika w knajpie, nawet jeśli wydaje się że przecież nikt nie idzie.
więc wyszłyśmy z Sabiną dość szybko, zahaczyłyśmy jeszcze o Wisłę, coby się na dobranoc poużalać trochę jeszcze. bo ona tęskniła i ja tęskniłam. bo mam problem. a mówiąc że mam problem, na pewno nie mam na myśli, że sobie sama z nim poradzę.
siedzi to we mnie, smuci mnie, zastanawia. to taki dwusekundowy ból co dwie sekundy.
dorwę Go we wtorek na uczelni, jeśli On sam tego wcześniej nie zrobi.

a jesień w tym roku wyjątkowo polska, złota i piękna. że się ze spacerów nie chce wracać. i cudownie tak siedzieć twarzą do jesiennego słońca. niech trwa.


/dziś przy akompaniamencie Deszczu, łez i owoców/

Zawsze jest sposób, na pewno jest sposób.
Zasłona spadnie prędzej czy później,
a cenzor wyjdzie lub chociaż uśnie.




rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

siódma herbata tęsknoty

niedziela, 27.września.2009, 22:04


taka z serii zimowej: z miodem i sokiem malinowym. i nie bez powodu siódma. nie bez powodu.
całe szczęście, że Piotrek nie pozwolił mi pójść nad Wisłę samej. jak jestem sama to przebywam w złym towarzystwie. zwłaszcza mając na wątrobie to co mam. czy na sercu, nie wiem gdzie mi to leży. ale to bez znaczenia bo i tak zatruwa cały organizm.
wiem że jestem kiepska w byciu ważną.
ale tęsknię. martwię się. czekam.
odchodzę od zmysłów.
bo uwierzyć nie mogę, że zrobiłby mi coś takiego bez powodu. a jeśli się mylę to znaczy, że mam halucynacje umysłu, serca i duszy.
a więc czekam, kurwa.


zmieniając temat
Kasia Rosłaniec to kolejny przykład, że lepsze jest wrogiem dobrego. wyreżyserowała wspaniałą, doskonale zagraną i pomyślaną etiudę. nazwała ją 'galerianki', zgarnęła za nią 7 nagród na przeróżnych festiwalach w całym kraju i wywołała poruszenie wśród odbiorców. skracając moje myśli- odniosła sukces.
i zamiast się w nim rozsmakowywać zrobiła to, co jest przypadłością gatunku ludzkiego od zawsze. nazywam to BMW (Bardziej Mocniej Więcej). nakręciła pełnometrażowy film na podstawie etiudy, który okazał się kompletną klapą i dla potwierdzenia powiem, że nie jest to tylko moja opinia. dialogi oparte w 99% na przekleństwach wywoływały salwy śmiechu na sali (no bo były śmieszne, tylko nie jestem pewna czy o to reżyserce chodziło). fabuła jest płytka i najzwyczajniej w świecie głupia, przenośnie zbyt dosłowne, a przekaz ma siłę mniej więcej taką samą jak wyrwany z kontekstu odcinek 'klanu'. podsumowując: wyszłam z kina z potężnym uczuciem rozczarowania. rozczarowania filmem, towarzystwem, i całym tym wypadem.
jedyny plus to jakiś puder co to go dostałam przy kasach biletowych. zaproponował go facet z trzęsacymi się rękami i równie trzęsącym się głosem, a całość brzmiała mniej więcej tak:

-a... może takie... za darmo...? *oczy wbite w ziemię*
-ale co?
-no... kosmetyki... jakieś
*strach, panika, przerażenie*
-a. no jak za darmo to pan da.
tu na twarzy mężczyzny pojawił się wreszcie promienny uśmiech. gdzie to się uchował nieśmiałek taki?


najdłuższe wakacje życia milowymi krokami zmierzają ku końcowi, a koniec ten nastąpi ostatecznie i nieodwołalnie już za 4 dni. zleciały. nie powiem że jak kilka dni, bo to byłaby przesada, ale fakt faktem- zleciały. i cóż mogę powiedzieć, nie lubię szumnych podsumowań więc nie będę się na nie silić. poza tym zbyt dużo się działo. złego, dobrego, obojętnego, różnego. wakacje te uważam za spędzone miło, wykorzystane w stu, no dobra, 99-ciu procentach, i uroczyście oświadczam że będę je wspominać ze szczerym uśmiechem na ustach.
studia póki co wywołują we mnie jakiś potężny sztorm sprzecznych wizji i uczuć.
z jednej strony strach, no bo to zawsze coś nowego i nieznanego. obawy jak to będzie, czy dam sobie radę, czy ludzie będą fajni.
a z drugiej strony stłumiona radość, która jeszcze boi się ujawnić. i chęć poczucia już tego wszystkiego na własnej skórze.
czyli generalnie pół na pół, z nachyleniem jednak na stronę drugą, bo bardziej optymistyczna. (nie wiem czy to co teraz napisałam ma sens, ale jestem umysłem całkowicie humanistycznym - uprzedzam na wypadek gdyby ktoś chciał przypucować jakąś ciętą ripostą).


jutro mam cholernie ważną rocznicę. dlatego w ramach akcji "zadrwijmy z życia przy tanim drinku w pobliskim barze" idę z Sabiną na piwo. tym razem bardziej kulturalnie niż na wino z korkiem dryfującym w środku pite z gwinta na kopcu. choć to akurat uwielbiam i pierdolę, że nie wypada.
może Darek uzna, że zasługuję na jakieś wyjaśnienia, może znikną wreszcie schizy z Suchej Beskidzkiej, może skończą się spojrzenia z pytającą troską kiedy wracam z kuchni spłakana po krojeniu cebuli (czy ja rzeczywiście tak często ostatnio płaczę? przecież dziś to naprawdę nie były łzy, tylko cebula!)
może. bo na razie mam ochotę wpakować się do byle jakiego kartonu i wysłać na księżyc.


/dziś przy akompaniamencie No promises/

rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


podoba mi się taki tryb cotygodniowych koncertów. ładują mi dożylnie taki zastrzyk energii, że chodzę 10cm nad ziemią przez następnych kilka tygodni. tym razem Piasek. On jest cudowny. cudowny, przeprzystojny, ma wspaniały głos i wytwarza niesamowity klimat. ahhh. generalnie męskość traktuję nieufnie. ale on, on nie uderza rozkosznie do głowy. on ścina z nóg. i tylko Daruś triumfalnie przypominał, że boski Andrzej nie zwraca na kobiety uwagi. ale rozebrać się dla niego mieliśmy taką samą ochotę oboje! myślę, że jakoś byśmy się tym ciastem podzielili. no doubt :)

tańczyć, śpiewać, śmiać się, przytulać. z Tobą, z Wami. uwielbiam.

zdjęć zabronili robić. co oczywiście poskutkowało wyciągnięciem aparatów masowo i jak na zawołanie. bo to polska właśnie :)
ja zdjęć nie mam, bo aparatu zapomniałam. skleroza, ot co.


~*~
Sucha Beskidzka to miasto zła. miasto przeklęte, niedobre, przygnębiające i pełne dziwnych, nieciekawych miejsc i ludzi. nigdy więcej do Suchej Beskidzkiej. i zamorduję z zimną krwią każdego, kto kiedykurwakolwiek powie mi "karaluchy pod poduchy".
owszem, to był fantastyczny wypad.
było spanie w 5 osób na jednym łóżku,
było wyjście na miasto w środku nocy w pidżamach,
były godziny szczerości,
były dziwne fazy ("-Natalia, czemu się tak trzęsiesz? -tankuję energię z orzecha.")
był desperados i przyjaciele.
ale zakończył się nocną ucieczką przed psychopatyczną właścicielką na najwcześniejszy pociąg do Krakowa.
oszukaliśmy przeznaczenie. tak się przynajmniej czujemy, choć emocje już opadły.
tak czy siak, przygoda życia.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

nieważne.
dobrze mi. wspaniale mi.
nie wiem jak określić ten stan, ale myślę, że chodzi o komfort psychiczny.

/dziś przy akompaniamencie Andrzeja Piasecznego/

Byłam w górze, znam
znam już z nieba ziemi kształt.
a Serce moje
zostań mi spokojne.

:)
rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

i przepędzam czarne myśli z mego nieba

niedziela, 13.września.2009, 13:20


nie chciało mi się tam iść. bo chmury, bo smutno, bo po co, bo zostańmy w domu popłaczmy w poduszkę. ale poszłam. doszliśmy na błonia- myślę sobie ale chałtura, rany boskie. najprościej mówiąc nie wierzyłam, że cokolwiek jest mnie w stanie przywrócić do życia.
jakiż słodki jest smak tej pomyłki :)

właśnie tego było mi potrzeba. tak bardzo potrzeba. tak bardzo mi to pomogło.
i najgłośniej jak umiałam krzyczałam,że
zrzucę ciężar Twych kłamstw
powtarzanych co dnia
zacznę wierzyć w to, że
żyć bez Ciebie się da.
Obiecam, otrzeć swe łzy
już wiem - nie po to mam być,
by się zadręczać, do wnętrza
swój krzyk chować - nie tego chcę.

i zdarłam gardło. i było cudownie. i nie czułam nóg i łokci poobijanych o metalową poręcz, bo dopchałyśmy się na sam przód, bo tego właśnie potrzebowałam. przede mną tylko barierka, powietrze i Kasia Kowalska.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

a później głosami brzmiącymi jak przepite po 8903463-dniowej libacji śpiewałyśmy maskaradę wracając na przystanek.
"Anka, czemu ci ludzie się z nas śmieją?"
nie wiedziałam, nie wiem, i mam to w swojej wielkiej dupie.

respirator na nowo podłączony. i niech już tak zostanie.



~*~
swoją drogą, panowie z Audiofeels też są przefantastyczni na żywo. wizualnie, audiowizualnie, i w ogóle.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us



/dziś przy akompaniamencie Kasi Kowalskiej oczywiście/

rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

wszechbajzel osobisty

piątek, 11.września.2009, 10:16


Nie będzie pozytywnie. Nie lubię siebie takiej.

Jakiś wredny kryzys mentalny i całokształtowy. Od kilki dni mało śpię, źle śpię, często płaczę. Coś we mnie wzdycha, coś zawodzi, coś się we mnie skarży. I bardziej mi szaro niż różowo. W jesienne chandry nie wierzę, więc co mi jest?
Naprawdę dawno tak nie było. Jestem sobą nadzwyczaj zaniepokojona.


Przedwczoraj spotkałam się z Marcinem. Dotrzymywałam tej obietnicy przez ładnych parę miesięcy, pasowało się wreszcie wywiązać. Przerywając błogie wspomnienia i pogawędki o niczym, zadzwonił do Pawła oznajmiając z radością, że siedzi właśnie z Kociakiem na koronie.
Tak strasznie źle się wtedy poczułam, tak cholernie nieswojo, że aż się przestraszyłam. Nie pasowało mi to, to określenie stało się tak nieznośnie obce! Poczułam, że ja już nie jestem przecież tym Kociakiem. To nie była przecież tylko ksywka, pod tym krył się szereg cech, których ja już nie mam. I zrobiło mi się jakoś tak przykro, bo zatęskniłam za dawną sobą.
Nie czuję się już taka fajna, jak wtedy.
Nie lubię siebie aż tak.

Mam wspaniałych przyjaciół, na ten wyjazd z częścią z nich czekam bardzo i niecierpliwie. Mam wymarzone studia. Mam szczęśliwy dom. Jestem chyba zdrowa, tak przynajmniej chcę myśleć. Uśmiecham się do ludzi.
Do siebie rzadziej.
i za to Cię nienawidzę.
za to, że zabrałeś mi część mnie, zdeptałeś naturalną wewnętrzną radość, przecież tyle jej miałam.
za to, że przez trzy lata ból nie zniknął tylko się utrwalił. i wypływa na powierzchnię regularnie co pewien czas wywołując nastrój jak ten.
za to, że mniej lub bardziej świadomie odsuwam od siebie wszystkich innych facetów.
za to, że jesteś wciąż w mojej głowie.
kiedyś powiem wypierdalaj, teraz nie potrafię.


/dziś przy akompaniamencie N'avoie/
rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


a mówiłam, że te wakacje są za długie? nuda zabija. nuda podsuwa kretyńskie pomysły do kretyńskich głów. za dużo wolnego czasu i beztroski prowokuje do destrukcyjnych zachowań. ooo tak. destrukcja to obecnie w przypadku mojej głowy idealne słowo. i próbuję na tysiąc sposobów jakoś to uratować, ale się za cholerę nie da. i pojawia się to, czego nienawidzę najbardziej na świecie.
bezsilność.

ja wiem, że człowiek uczy się na błędach. ale tylko głupi uczy się na swoich, mądry wykorzystuje do tego celu mistejksy cudze. taka jest drobna, subtelna, niewidoczna prawie różnica.
zwariuję. zwariuję jak nic.


po trudnych przejściach z dziadkiem od brdy, mamy zarezerowany domek na trzy dni. ciężko było, w sumie to straciliśmy nawet na chwilę nadzieję, gdy Ula rozmawiając z nim przez telefon rzuciła do nas spontaniczne i jakże urocze "cicho, kurwa!" nie odsuwając słuchawki od ust.tak, to bez wątpienia mogło zniechęcić dziadka.
toteż następnego dnia Malinka poprosiła mnie o telefon (że większe opanowanie?). i ja też miałam ciężką przeprawę, tyle że dla odmiany z babcią.

-skąd Pani dzwoni?
-z Krakowa.
-z Chrzanowa?
-nie nie. z Krakowa.
-z Miechowa?
(wdech, wydech, wdech, wydech)
-nie. z KRAKOWA.
-aaa Kraków! a bo ja nic nie słyszę przez ten telefon, zaraz nim pierdzielnę o ścianę.

przeżyłam też cierpliwie opowieści o ich miejscowym lekarzu, sto pytań o to kim jesteśmy, czy jesteśmy sparowani, i co zamierzamy tam robić, i pomyślnie zakończyłam rezerwację. sukces.
wszyscy obdzwonieni, uradowani dobrą nowiną, czekamy na nasze 3 dni w Suchej Beskidzkiej.
przywieziemy kuuuupę zdjęć i fajnych wspomnień! a więc czasie przyspiesz :)


a wczoraj, żeby udowodnić że musk utlenił mi się razem z włosami, zabłysnęłam intelektem noch einmal.
dzwonek do drzwi. otwieram kulturalnie, patrzę: młody facet, uśmiecha się nawet sympatycznie i prosi o klucze do piwnicy, bo coś tam. to wygmerałam te klucze i idę mu otworzyć. morduję się z tą kłódką, wkładam każdy klucz po kolei, a było ich chyba z 10. odsunął mnie z błogim uśmiechem, który ani na moment nie ustał, i podniósł kłódkę. otwartą kłódkę. otwartą od samego początku. otwartą ewidentnie, jawnie, widocznie.
-aha -schowałam klucze do kieszeni- no mógł mi pan powiedzieć od razu.


/dziś przy akompaniamencie Piosenki dla B./
rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

gdzie śmieją się śmiechy w ciemności

piątek, 28.sierpnia.2009, 21:58


niby odkąd podczas zakupów zobaczyłam boginię Marinkę na żywo, i dotarło do mnie, że to zwykła dziewczyna która bez mocnego makijażu nie przyciąga nawet jakiejś większej uwagi, to tak jakoś wyżej mi się broda trzyma. ale tylko odrobinkę. bo dziś znowu minger's day, i dopiero szczere rozmowy przy redsie uniosły brodę na właściwy poziom. tak dobrze, że Cię mam. tak cholernie dobrze, bo gdyby nie Ty, to serotonina w moim organiźmie zanikłaby już dawno i całkowicie i na zawsze. a dzięki Tobie nie.

D. mi obiecał, że dowie się prawdy o moim przeszłym byłym niedoszłym. i ja się tej prawdy boję, ale chcę ją znać. i nie mogę się już doczekać. może to coś zmieni w moim postrzeganiu całej tej sprawy? to bolesne dowiedzieć się, że mężczyzna którego kochałam jest gejem, więc w jakimś sensie oszukiwał. ale on kłamał nawet mówiąc dzień dobry, więc obojętne. a ból? podobno kobiety są na niego odporniejsze. a i tak większego bólu niż wtedy nie będzie.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us
w naszych miejscach rozmawiamy bez słów :*

wakacje są zdecydowanie za długie, przez co do głowy przychodzą mi już tak głupie rzeczy, jakie nigdy przyjść nie powinny.
trzeba mi jakichś obowiązków! jakichś ram czasowych, jakichś wybitnie niewygodnych godzin pobudek, czegoś co mnie wbije w rytm dnia i życia. bo ileż można robić to co się chce, o której chce, kiedy chce i jak chce. ja już nawet nie odróżniam dni tygodnia, nie wiem o której wychodzę z domu i wracam. nie wiem o której się kładę, jeśli w ogóle się kładę. nie wiem, bo jakie to ma znaczenie. potrzeba mi regulacji jakiejś. i czasu wolnego mniej, żebym nie miała ani chwili na psychodebaty z samą sobą. bo to się nigdy dobrze nie kończy. nigdy.

a poza tym mam chłopaka.
ma na imię Maks. ma brązowe włosy i duże błękitne oczy, takie z gatunku cudownych, co to wyróżniają się na zbiorowych fotografiach.
co chwila łapie mnie za rękę, przytula. mówi że jestem piękna, że mnie kocha i chwali się wszystkim, że jestem jego dziewczyną.
ma wspaniałe hobby, jest zawsze uśmiechnięty, zabawny, ma 1,07m wzrostu i 4 lata.


/dziś przy akompaniamencie Bryana Adamsa/

so if I love You a little more than I should
Please forgive me, I know not what I do,
I can't stop lovin' you.

rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

kobiety są gorące!

środa, 19.sierpnia.2009, 21:43


muszę to napisać. ja muszę to napisać i muszę coś odwołać. bo to nieprawda co napisałam w poprzedniej notce, ja to cofam.
72-godzinna impreza NIE PRZESTAJE być imprezą!
absolutnie! ja chcę jeszcze, i jeszcze, i jeszcze!

było fantastycznie, a zmęczenie minęło dziś jak ręką odjął. ja codziennie na tych nagraniach odkrywam w sobie nowe, telewizyjne powołanie :D
w piątek, mam nadzieję, kolejne.

a Mykee ocieka permanentną cudownością, przysięgam. ja chcę mieć z nim dzieci.
Ideał panowie, Ideał.

aha, no i zakochałam się.
w gitarzyście.
mimo, że nie blondyn.

w ogóle, to co się ostatnio dzieje w moim życiu zalicza się do kategorii łał.
PS. nauczyłam się kokietować kamerę!

/dziś przy akompaniamencie małych szczęść/

Póki śmiech tłumi łzy
Cieszą nas zwykłe dni
Warto żyć, warto śnic, warto być
Póki wciąż mamy sny
Krąży w nas czerwień krwi
Warto śmiać, cieszyć się, warto kochać

:)
rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

sacrifice.

wtorek, 18.sierpnia.2009, 22:25


mój problem generalnie polega na tym, że ja ciągle chcę więcej. cokolwiek osiągnę, cokolwiek mam, ciągle uważam że osiągnęłam i mam za mało. bo przecież można więcej. i tak w kółko.
ufam ludziom, tak strasznie ufam. tak bardzo wierzę, że każdy jest dobry, że każdy jest 'fajny, miły, sympatyczny i koleżeński' (pozdro A.). i jak mi zależy, jak kogoś polubię, to bym mu nieba przychyliła. tak od razu, tak bez upewnienia się że on też. i tak często następuje klasyczne disappointment, że aż mi siebie żal. bo się za cholerę nie potrafię na swoich błędach uczyć. i dalej wierzę, że to chwilowe.

od dwóch dni ledwo stoję na nogach. nagrania są bardzo fajne, naprawdę. jest wszystko, co daje mi energię- są kolorowe światła, jest głośna muzyka na żywo, są genialne piosenki, jest zabawa i humor- ogólnie więcej mi nie potrzeba. tylko ja przysięgam, ledwo stoję na nogach. 12 godzin w studio, z jedną godzinną przerwą na obiad (czyt. frytki i 7days) i siku, naprawdę cholernie męczy. i następnego dnia to samo. i ja tego nie umiem odespać. i tak się snułam dziś, pół śpiąć, pół żyjąc, wlewając w siebie hektolitry kawy bez mleczka, bo jak wychodzę ze studia to już są sklepy pozamykane i nie mogę kupić. jutro na szczęście ostatni dzień. na szczęście, bo mimo że jest super, to jednak 72-godzinna impreza przestaje być imprezą.

wczoraj na dodatek musiałam przez pół nagrania wysłuchwiać głupawych kawałów jakiegoś natręta. później kazał mi wymyślić jakiś swój. do końca nagrania mówiłam mu, że jeszcze myślę. to zagadał.
-aniaa, aniaa! mam ochotę napisać smsa. (tu moje tępe, jak sądzę, spojrzenie) ale to nic. ja mam czasem takie POJECHANE ZACHCIANKI.

ożeszkurwa.
jak on mnie jutro znowu dorwie, to padnę trupem.


a, i przyszła jeszcze wczoraj gwiazdeczka i się chwali, że Kamilek to tu z nią jest, bo on zna lao che. na co pół studia popatrzyło na niego jak na idiotę, a Maciek zapytał ze szczerym zdumieniem: "to po polsku jest? co to znaczy Kamil, w jakim to języku?"
całe szczęście, że Piotrka tam z nami nie było i nie miał okazji tego usłyszeć.


przeżyć jutrzejszy dzień i wrócę do życia. do kopca, bulwarów, redsa, przyjaciół i oddychania.

przeżyć jutrzejszy dzień.

/dziś przy akompaniamencie Don't go breaking my heart/
rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

zamknęłam furtki trzy.

sobota, 15.sierpnia.2009, 15:17


wszystkie moje dni są z reguły fajne. nie licząc kilku(nastu) dni lutego 2008, wszystkie były fajne. naprawdę.
ale wspaniałe dni też istnieją. o tak. wczoraj był kolejny. razem mam ich już 7.

kopiec, Pinot Noir, ja i S.

rozmowy o życiu, nasz śmiech i powrót do domu o chwiejnych nogach.
przesolony popcorn i strach przed 'duchem' głośnika.
a w to miejsce zabiorę kiedyś kogoś. powiem mu coś, co wczoraj powiedziałam.
i to będzie kolejny, wspaniały dzień.

takich dni, takich nigdy dość.

/dziś przy akompaniamencie The Clash/

PS. wiedzieliście, że przed publicznymi toaletami też zdarzają się cuda?
rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

mów do mnie, mów!

wtorek, 11.sierpnia.2009, 21:35


odnośnie tytułu tej notki: zwracam się do mojego osobistego zegara biologicznego. bo milczy jak grób. nic mi nie mówi. nic, co powinien. jeszcze przed 24 powinien mi powiedzieć 'marsz do łóżka'. a on nie. on wrzeszczy mi do ucha, że wcale nie chce mi się spać, żebym zrobiła sobie herbatę i posiedziała jeszcze przed monitorem. a wiecie co się dzieje człowiekowi o 24? skóra mu się regeneruje, i człowiek pięknieje. śpiący człowiek. ten przed komputerem nie.
o 15 podobno najsłabiej odczuwamy ból. a ja do dentysty zawsze umawiałam się najwcześniej dopiero o 17, kiedy komórki nerwowe stają się najczulsze. bo mi mój osobisty nic nie powiedział.
o 13 wątroba zatrzymuje glikogen stanowiący paliwo napędowe dla mięśni. a mój osobisty wrzeszczy wtedy, że mam ochotę na rower. i ania wychodzi na rower, a wieczorem zdycha z bólu i zastanawia się o co chodzi, bo zakwasów mieć nie może.
o 10 szczególnie szybko i precyzyjnie potrafimy liczyć. bzdura.
także generalnie mój zegar żyje swoim życiem, ja swoim. jest obrażony, złośliwy, albo po prostu wstrętny z natury. jeśli tak, to bez wątpienia ma to po mnie.

a poza tym, faceci są do bani. lubię facetów, ale niektórzy są wybitnie niepełnosprytni. skąd oni biorą te wszystkie miałkie teksty i sposoby na podryw?

już pomijam pytanie jakie usłyszałam od chłopca (na oko 10-letniego) parę dni temu, bo wmawiam sobie, że on nawet nie wiedział na czym polega ta czynność, którą mi zaproponował. tak sobie naiwnie wmawiam i pomijam.
ale panowie ze straży miejskiej wczoraj pobili wszystkie rekordy. siedzimy nad brzegiem Wisły.
-mamy zgłoszenie, że ktoś tu pije alkohol. *zalotny uśmieszek* ale to chyba nie Wy ;> *w myślach- a szkoda*.
chwila ciszy, naszej reakcji brak. podejście drugie.
- nie boicie się, że wpadniecie do wody? bo gdybyście wpadły, to my służymy pomocą *zalotny uśmieszek numer 2*

cud, miód, poziomka, i trzy ziarenka cukru. ale gdyby rano złapali mnie na spacerze z psem, kazaliby mi zbierać kupy gołymi rękami. zasrani znudzeni podrywacze.

i nigdy więcej do monopolowego, dopóki nie mam ochoty na obcą dłoń na moim tyłku. po wino już tylko do avity.

Losie chroń przed palantami.

~*~

/dziś przy akompaniamencie Czy ja wyglądam jak żagle?/
rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:



12 lat wstawania o nieludzkich godzinach, aby maszerować posłusznie do szkoły. niezliczone godziny siedzenia na tych wybitnie niewygodnych państwowych krzesłach. i co? i w żadnej szkole nie nauczyli mnie życia. nauczyli mnie samych bzdur, z których połowy już nie pamiętam. i wciąż pusto mam w głowie.
ale ostatecznie cieszy mnie ten stan. w końcu babcia zawsze mówiła "mniej wiesz, lepiej śpisz" (interpretacja dowolna). a tymbark mi dzisiaj powiedział: wierz w siebie sam(a). i tak sobie myślę, czy to ma ze sobą coś wspólnego. chociaż w przypadki nie wierzę. tak jak nie wierzę we wróżkę zębuszkę, w horoskopy, i w męskie obietnice.

zawsze obiecywałam sobie, że uwierzę w siebie jak będę dorosłą, niezależną kobietą. ale.

jak byłam w podstawówce to myślałam, że jak będę w gimnazjum to będę już taaka dorosła. co przejawiać się miało w możliwości powrotu do domu o 20.
jak byłam w gimnazjum, to myślałam o swojej dorosłości licealnej. no, tu już zawierają się osiemnaste urodziny, egzamin dojrzałości, i powroty do domu o której chcę.
tyle że w liceum czekałam na osiągnięcie statusu studentki, coby powiedzieć: jestem dorosła, mogę nie wracać do domu w ogóle.

koniec końców, jestem sama w domu, jest 00:08, i mogłabym wyjść gdziekolwiek i wrócić kiedykolwiek, ale mi się nie chce.

to już dorosłość?

nie jestem pewna. może nie jestem już dzieckiem. ale dojrzewam powoli, jak najtańsze brzoskwinie.
mam już ten status studentki, i teraz marzę sobie o domu, z własnym pokojem wyciszonym futrem. marzę o jako takiej stabilności psychicznej i o permanentnym szczęściu związanym z obecnością osób tak bliskich, że najbliższych. i o dniu, w którym ulży mi całokształtowo.

to będzie moja dorosłość na pełnym etacie.

/dziś przy akompaniamencie Metamorfozy/
___________________________________________

Tuż przed snem nastawić popularną płytę,
I zagłuszyć nią niechciane myśli nie znoszące ciszy,
By nie zaspać zasnąć jeszcze przed północą,
I na osiem godzin uciec od decyzji zwanej samotnością.

___________________________________________
rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

powakacyjnie. refleksyjnie.

czwartek, 6.sierpnia.2009, 14:22



Wróciłam. Zostawiłam na Mazurach wszystkie moje problemy, przyjęto je jak swoje.
Mogłabym napisać, że już tęsknię za jeziorami, lasami, dziką przyrodą, i całą tą resztą. Ale to nieprawda. Nie jestem chyba stworzona do takich okołowiejskich klimatów. Albo przynajmniej nie na tak długo. Zgiełk miasta, tłum ludzi i szum samochodów znacznie bardziej mi odpowiada. Serio.

Co nie znaczy, że nie tęsknie za niczym i wcale.
Tęsknię za nocnymi pogaduchami przy przesłodzonej herbacie,
tęsknię za wpatrywaniem się w gwiazdy z okna mojego pokoju z Kombajnem na uszach (ciekawe o czym myślisz w tym momencie? ja właśnie żuję gumę dla dzieci, przystawiam do szyby nos.),
tęsknię za odpychaniem od siebie wypiętej klaty Patryka, który napierał rozbawiając w gorszych momentach,
tęsknię za prażeniem z Anią popcornu na seanse Przyjaciół,
tęsknię za wycieczkami nad jeziora w największym deszczu,
tęsknie za strachem podczas samochodowych wojaży z Pawłem (nie każdemu należy dawać prawo jazdy, nie każdemu!),
i za masą innych rzeczy, które wydarzać się mogły tylko tam.

Byliśmy w Augustowie, i to nic że setny raz. To miasto i tak zawsze wzbudza we mnie trudny do wytłumaczenia zachwyt.

I byliśmy nad najgłębszym jeziorem w Polsce, pal licho że nad najgłębszym. Nad najczystszym!

I nad Wigrami byliśmy, a tam odegrałyśmy z Anią nasze role życia- *fanfary* byłyśmy słonecznikami.

Byliśmy nawet na spływie kajakowym, choć żeby spłynąć, musieliśmy sobie najpierw popłynąć pod prąd. I było super, mimo tego pana który krzyknął, że chyba nam się prądy pomyliły. I mimo pająka, który sprawił że odczyniłam na kajaku akrobacje, o umiejętność których nigdy bym się nie podejrzewała.

Byliśmy też na Stańczykach, a Stańczyki robią wrażenie. Oj robią. Tak silne, że aż pewien obcy pan zaprosił mnie do zdjęcia. I tak silne, że aż się zgodziłam. W ogóle, wiele zrobiłam podczas tych wakacji rzeczy, których normalnie bym nie zrobiła. Ale żadnej nie żałuję.

I miałam pokój z oknem na wschód, jeśli wiecie co to znaczy.
Mój sen kończył się mniej więcej o godzinie 4:36, kiedy pierwsze promienie bezlitośnie kłuły po oczach. Zamkniętych oczach. I nijak nie dało się spać tyłem do okna, bo łóżko stało bokiem. Przeszkadzało mi to do momentu, kiedy pewnego dnia obudziłam się kilkanaście minut wcześniej niż słońce. Podniosłam się i podeszłam do okna, bo miałam wrażenie, że pali się las. Ogromna żółtopomarańczowa łuna, wysoka na 1/3 nieba, zalewała cały horyzont. To daję słowo, w życiu czegoś takiego nie widziałam.
I wtedy przypomniałam sobie słowa, które kiedyś gdzieś przeczytałam. Że wschód słońca jest o wiele piękniejszy od zachodu, tylko my zawsze wtedy śpimy. Truth.

Popatrzcie i wy.

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

Free Image Hosting at www.ImageShack.us

/ dziś przy akompaniamencie Nocnego Sufitu/
rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Ulub mnie

więcej o mnie:
last.fm
wiadomosci24.pl
nk

odwiedzam:
helenka
na mieście zasłyszane
intrygantka
nikolajewicz
angetoria
refugiar

Mój Profil

Podlinkuj

2009
sierpien (7)
wrzesień (5)
październik (3)
listopad (4)
grudzień (1)

brak kategorii (20)
wszystkie (20)


. x x x .

x - Księga

x - Archiwum

x - O mnie

x - Linki