| Powrót niedziela, 27.września.2009, 22:04
taka z serii zimowej: z miodem i sokiem malinowym. i nie bez powodu siódma. nie bez powodu. całe szczęście, że Piotrek nie pozwolił mi pójść nad Wisłę samej. jak jestem sama to przebywam w złym towarzystwie. zwłaszcza mając na wątrobie to co mam. czy na sercu, nie wiem gdzie mi to leży. ale to bez znaczenia bo i tak zatruwa cały organizm. wiem że jestem kiepska w byciu ważną. ale tęsknię. martwię się. czekam. odchodzę od zmysłów. bo uwierzyć nie mogę, że zrobiłby mi coś takiego bez powodu. a jeśli się mylę to znaczy, że mam halucynacje umysłu, serca i duszy. a więc czekam, kurwa. zmieniając temat Kasia Rosłaniec to kolejny przykład, że lepsze jest wrogiem dobrego. wyreżyserowała wspaniałą, doskonale zagraną i pomyślaną etiudę. nazwała ją 'galerianki', zgarnęła za nią 7 nagród na przeróżnych festiwalach w całym kraju i wywołała poruszenie wśród odbiorców. skracając moje myśli- odniosła sukces. i zamiast się w nim rozsmakowywać zrobiła to, co jest przypadłością gatunku ludzkiego od zawsze. nazywam to BMW (Bardziej Mocniej Więcej). nakręciła pełnometrażowy film na podstawie etiudy, który okazał się kompletną klapą i dla potwierdzenia powiem, że nie jest to tylko moja opinia. dialogi oparte w 99% na przekleństwach wywoływały salwy śmiechu na sali (no bo były śmieszne, tylko nie jestem pewna czy o to reżyserce chodziło). fabuła jest płytka i najzwyczajniej w świecie głupia, przenośnie zbyt dosłowne, a przekaz ma siłę mniej więcej taką samą jak wyrwany z kontekstu odcinek 'klanu'. podsumowując: wyszłam z kina z potężnym uczuciem rozczarowania. rozczarowania filmem, towarzystwem, i całym tym wypadem. jedyny plus to jakiś puder co to go dostałam przy kasach biletowych. zaproponował go facet z trzęsacymi się rękami i równie trzęsącym się głosem, a całość brzmiała mniej więcej tak: -a... może takie... za darmo...? *oczy wbite w ziemię* -ale co? -no... kosmetyki... jakieś *strach, panika, przerażenie* -a. no jak za darmo to pan da. tu na twarzy mężczyzny pojawił się wreszcie promienny uśmiech. gdzie to się uchował nieśmiałek taki? najdłuższe wakacje życia milowymi krokami zmierzają ku końcowi, a koniec ten nastąpi ostatecznie i nieodwołalnie już za 4 dni. zleciały. nie powiem że jak kilka dni, bo to byłaby przesada, ale fakt faktem- zleciały. i cóż mogę powiedzieć, nie lubię szumnych podsumowań więc nie będę się na nie silić. poza tym zbyt dużo się działo. złego, dobrego, obojętnego, różnego. wakacje te uważam za spędzone miło, wykorzystane w stu, no dobra, 99-ciu procentach, i uroczyście oświadczam że będę je wspominać ze szczerym uśmiechem na ustach. studia póki co wywołują we mnie jakiś potężny sztorm sprzecznych wizji i uczuć. z jednej strony strach, no bo to zawsze coś nowego i nieznanego. obawy jak to będzie, czy dam sobie radę, czy ludzie będą fajni. a z drugiej strony stłumiona radość, która jeszcze boi się ujawnić. i chęć poczucia już tego wszystkiego na własnej skórze. czyli generalnie pół na pół, z nachyleniem jednak na stronę drugą, bo bardziej optymistyczna. (nie wiem czy to co teraz napisałam ma sens, ale jestem umysłem całkowicie humanistycznym - uprzedzam na wypadek gdyby ktoś chciał przypucować jakąś ciętą ripostą). jutro mam cholernie ważną rocznicę. dlatego w ramach akcji "zadrwijmy z życia przy tanim drinku w pobliskim barze" idę z Sabiną na piwo. tym razem bardziej kulturalnie niż na wino z korkiem dryfującym w środku pite z gwinta na kopcu. choć to akurat uwielbiam i pierdolę, że nie wypada. może Darek uzna, że zasługuję na jakieś wyjaśnienia, może znikną wreszcie schizy z Suchej Beskidzkiej, może skończą się spojrzenia z pytającą troską kiedy wracam z kuchni spłakana po krojeniu cebuli (czy ja rzeczywiście tak często ostatnio płaczę? przecież dziś to naprawdę nie były łzy, tylko cebula!) może. bo na razie mam ochotę wpakować się do byle jakiego kartonu i wysłać na księżyc. /dziś przy akompaniamencie No promises/ rozkołysanka
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (4), Dodaj
4 komentarzy Następne 1 Poprzednie
|